Dzisiaj na blogu relacja dzień po dniu z naszego ostatniego miesięcznego pobytu w USA. Jest północny-wschód USA, jest pętelka po zachodzie, są miasta, są parki narodowe, atrakcje znane i mniej znane. Jest też dużo zdjęć i mapki. Zapraszam!

W USA spędziliśmy miesiąc we wrześniu – październiku 2019. Wyjazd był podzielony na 3 części:

  1. Waszyngton, trasa w stronę parku narodowego Acadia w stanie Maine i dojazd do domu cioci Elżbiety w stanie New Hampshire. Tę część zrealizowaliśmy we trójkę: ja, Przemek i Rysio. Zajęło nam to 12 dni.
  2. Odebranie z lotniska naszych rodziców (moich i Przemka), chillout u Elżbiety i zwiedzanie okolic, w tym Bostonu, przejazd i zwiedzanie Nowego Jorku. Zrealizowaliśmy to już w 7 osób, w 9 dni.
  3. Przelot z Nowego Jorku do Los Angeles i tam mały roadtrip po Kalifornii, Arizonie i Utah, zakończony w Las Vegas. Nadal było nas siedmioro, ta część zajęła nam pozostałe 10 dni.

Relację pisaliśmy na bieżąco na facebooku, teraz uporządkowaliśmy i zebraliśmy to na blogu. Dorzuciliśmy też mapki, żeby lepiej zobrazować trasę, którą pokonaliśmy. Mamy nadzieję, że znajdziecie tu przydatne informacje do planowania Waszych wyjazdów.

Inne trasy po USA, a także posty praktyczne np. dotyczące zwiedzania parków narodowych, czy wynajmu samochodu znajdziecie tutaj.

Część 1

Dzień 1, Waszyngton

Whoaaa! Dolecieliśmy! 😀

Po drodze mieliśmy trochę przygód. Najpierw myśleliśmy, że zgubili wózek Rysia w Amsterdamie (na szczęście „tylko” wysłali go prosto do Waszyngtonu zamiast dać go nam na lotnisku #nosidłonasuratowało).

Potem zaliczyliśmy dodatkową kontrolę celną i prześwietlanie wszystkich bagaży (podpowiedź: jeśli zabieracie ze sobą pokrojone jabłko dla dziecka do samolotu, a ono go nie zje, nie zapomnijcie zjeść go sami). Poza tym wszystko elegancko (po łódzku: galancie)!

Dzień 2, Waszyngton

Pierwsze dni spędziliśmy w Waszyngtonie nadrabiając zaległości z 2013 roku, kiedy podczas naszego wyjazdu był government shutdown i wszystkie muzea były zamknięte.
Zaczęliśmy z przytupem wycieczką do Białego Domu 🤩 Wszystkie szczegóły dotyczące tego, jak to zorganizować opisaliśmy w tym tekście. Wspomnimy tylko, że na zwiedzanie wyznaczono nam godzinę 7:30 rano w sobotę. I tylko jetlag sprawił, że daliśmy radę tam dotrzeć 😉
Tego samego dnia odwiedziliśmy też największą bibliotekę na świecie, czyli Bibliotekę Kongresu. Znajduje się tam 38 mln książek. Po jednej na każdego Polaka 😮
Zwieńczeniem soboty było zwiedzanie Kapitolu, które było świetne dzięki super-przewodnikowi i ciekawostkom, które nam sprzedał. Np. Kapitol był rozbudowywany w miarę dołączania kolejnych stanów, bo przestali się w nim mieścić wszyscy reprezentanci.

Biały Dom

Dzień 3, Waszyngton

Niedzielę przeznaczyliśmy na spacer po The Mall i wizyty w dwóch muzeach.

Pierwsze z nich to otwarte zaledwie 3 lata temu Museum of African American History and Culture, czyli muzeum historii i sztuki Afroamerykanów. Podzielone jest na dwie części. Jedna mówi o historii Afroamerykanów w USA: od niewolnictwa, przez segregację rasową aż do prezydenta Obamy. Druga przedstawia kulturę i sztukę Afroamerykanów, od Chucka Barry’ego po Oprah Winfrey. Bardzo fajne i ciekawe wystawy, polecamy!

Lincoln Memorial
Lincoln Memorial

Drugie ze smithsonianskich muzeów, które chcieliśmy zobaczyć to Air & Space Museum, czyli muzeum przestrzeni powietrznej i kosmicznej. Można tu obejrzeć mnóstwo obiektów takich jak np. samolot Braci Wright (a raczej jego model w skali 1:1), czy teleskop Hubble’a. Wydawało nam się, że znaleźliśmy się w geekowym Disneylandzie.

Ale myliliśmy się.

Dzień 4, Waszyngton, Williamsport

Do prawdziwego geekowego Disneylandu dotarliśmy dopiero w poniedziałek, kiedy weszliśmy do drugiego oddziału Air & Space Museum, które mieści się pod Waszyngtonem w hangarze Stephena Udvara Hazy’ego. Tak, w HANGARZE. Jest tam wszystko to, co było za duże, żeby zmieścić się w siedzibie muzeum przy the Mall. I jest to np. samolot odrzutowy Thunderbird, który pobił rekord prędkości (trasa Los Angeles – Waszyngton w 1h 4min i 20sek!!), Concord, Boeing 707 i dziesiątki helikopterów, samolotów i innych maszyn latających. No i najważniejsze: prom kosmiczny Discovery!! 😍 Myśleliśmy, że spędzimy tam ok. 2 h, wyszliśmy po prawie 5 🤦.

Prom kosmiczny Discovery w Air & Space Museum

Następnie opuściliśmy stolicę USA i ruszyliśmy w zasadniczą część naszego roadtripu po północno-wschodniej części Stanów.

Przemknęliśmy przez Pennsylwanię i wieczorem dotarliśmy do Williamsport. Zatrzymaliśmy się tam jedynie na nocleg, ale okazało się, że zupełnie przypadkiem trafiliśmy do stolicy Małej Ligi Baseballowej.

Co w tym wyjątkowego? A no to, że w Kutnie, z którego pochodzi Magda, znajduje się Europejskie Centrum Małej Ligi Baseballa i co roku odbywają się tam europejskie rozgrywki, a zwycięzcy przyjeżdżają na finały światowe właśnie do Williamsport. Magda pracowała jako wolontariuszka wiele lat temu w trakcie europejskich rozgrywek w Kutnie i poleca wybrać się na jeden z darmowych meczy. W samym Williamsport na jednym ze skrzyżowań znajduje się pomnik Małej Ligi – na każdym rogu znajduje się jedna z baseballowych baz wraz z zawodnikami. Świetny pomysł!

Dzień 5, Watkins Glen State Park

We wtorek wjechaliśmy do stanu Nowy Jork. Najważniejszym punktem dnia była wizyta w parku stanowym Watkins Glen. Jest tam wąski wąwóz, na dnie którego płynie rzeka. Spacerując po drewnianych i kamiennych schodach i pomostach na odcinku 1 mili mija się 19 (!) wodospadów. Całość jest bardzo malownicza. To super miejsce na przystanek na trasie z Nowego Jorku nad Niagarę.

Watkins Glen State Park
Watkins Glen State Park

Potem mieliśmy już jechać prosto do naszego hotelu w Syracuse, ale po drodze postanowiliśmy zahaczyć chociaż o punkt widokowy w parku stanowym Toughannock Falls. No i widok tak nam się spodobał, że jak ustaliliśmy, że trasa na dole pod sam wodospad jest dostępna dla wózków to stwierdziliśmy, że jeszcze zdążymy zrobić sobie mały spacer. Było warto – pod samym wodospadem cisza, świeże powietrze i latające nad naszymi głowami jastrzębie były bardzo kojące.

Toughannock Falls State Park

Dzień 6, Adirondacks

Na środę zaplanowaliśmy przejazd przez stan Nowy Jork tak daleko na wschód jak tylko się da – czyli do miejscowości Lake George. Jazda autostradą jest nudna, więc odbiliśmy lekko na północ i zgrabnym łukiem przejechaliśmy przez park Adirondacks.

Park zajmuje bardzo duży obszar północnej części stanu NY – to kraina pełna zielonych lasów i malowniczych jezior. My jechaliśmy drogą nr 28, którą wiedzie szlak Central Adirondack Trail. Szukając atrakcji na trasie wybraliśmy trek na Bald Mountain, czyli Łysą Górę 😀 Na jej szczycie stoi Fire Tower, czyli wieża z której obserwowano, czy gdzieś w okolicy nie palą się lasy. Jest ich dość sporo w Adirondacks – ta jedna była zlokalizowana blisko drogi. Szlak na górę okazał się trochę bardziej wymagający niż sądziliśmy, szczególnie z 11 kg dzieckiem na plecach. Ale daliśmy wszyscy radę, a widoki z góry – zachwycające!

Widok ze szczytu Bald Mountain w Adirondacks

Dzień 7, Quechee

Czwartek spędziliśmy w stanie Vermont. Przecięliśmy go z zachodu na wschód chyba w jednym z najwęższych miejsc i większość czasu spędziliśmy w miasteczku Quechee.

Najpierw zjedliśmy lunch w restauracji w starym młynie. Z jej okien rozpościera się widok na rzekę i wodospad. Na dole znajduje się niewielka ręczna huta szkła Simon Pearce i można podejrzeć pracę panów tworzących kieliszki, miseczki i inne szklane cuda. Na górze jest sklepik, ceny dość zaporowe, ale to w sumie zrozumiałe, kiedy uformowanie jednego kieliszka do martini trwa 7-10 minut i wymaga 2 pracowników.

Huta szkła Simon Pearce w Quechee

Kolejny punkt to jeden z mocnych highlightów tej trasy. Vermont Institute of Natural Science (VINS) to miejsce, w którym można zobaczyć drapieżne ptaki: orły, sokoły, jastrzębie czy sowy. Trafiły tu z różnych powodów, ale łączy je jedno – nie poradzą sobie same na wolności. VINS otacza je opieką, jest tu także szpital dla ptaków, centrum pełni też funkcję edukacyjną. Braliśmy udział w jednym z programów/show i mieliśmy okazję zobaczyć niektóre z nich w akcji. To niesamowite uczucie, kiedy jastrząb leci tak nisko nad Twoją głową, że niemal muska skrzydłem Twoje włosy!

Bald Eagle w VINS
Jeden z ptaków w VINS

Wyjeżdżając z Quechee zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę na moście nad wąwozem Quechee, a potem ruszyliśmy w stronę New Hampshire.

Dzień 8, Franconia Notch State Park

Noc spędziliśmy w motelu w Lincoln, skąd rano mieliśmy już bardzo blisko do parku stanowego Franconia Notch, w którym warto obejrzeć jeszcze jeden wąwóz: The Flume. Po południu czekała nas najdłuższa, prawie 5h trasa do Maine. Rysiek zmęczył się wąwozem i przespał połowę drogi, potem zrobiliśmy jeden postój na hasanie na kocyku na trawie oraz zakupy w Walmarcie i dojechaliśmy na miejsce!

The Flume Gorge

Dzień 9, Acadia National Park

Juhuuu, dotarliśmy do Acadii w stanie Maine! 😀 Już dawno chcieliśmy odwiedzić ten park, ale tutaj trzeba przyjechać specjalnie dla niego, nie można dodać go jako punkt „po drodze”. Postanowiliśmy zatrzymać się tu na 4 noce, żeby na spokojnie pozwiedzać i trochę pochillować.

Wymyśliłam, że będziemy tutaj spać w domku letniskowym, tzw. cottage house. I znalazłam bardzo fajne i przystępne cenowo domki już na Mount Desert Island, blisko samego parku. Miejsce nazywa się Rose Eden Cottages. Nasza urocza chatka miała wszystko co do szczęścia potrzeba. A jak okazało się, że jest w niej tylko prysznic i mała umywalka to właścicielka, Yvonne, zorganizowała nam plastikowe pudło do kąpania Rysia 😂 Tuż obok znajduje się świetna restauracja, w której można zjeść pizzę z pieca opalanego drewnem i lokalnych składników z ogródka za knajpą. Ale najlepsze jest to, że jeszcze bliżej od naszego „kotaża” była inna restauracja – ze świeżo przygotowywanymi homarami 🦞 i można je było sobie zamówić do domku! To była nasza kolacja w niedzielę. Ale po kolei, miało być o parku w końcu!

Uroczy, prawda?

Park Narodowy Acadia powstał ponad 100 lat temu. Wcześniej te przepiękne tereny były w całości w rękach prywatnych, ale kawałek po kawałeczku zostały przekazane w ręce publiczne w intencji powstania tu parku narodowego.

W sobotę pogoda trochę nas zaskoczyła, bo zrobiło się deszczowo, wietrznie i dość nieprzyjemnie. Pojechaliśmy do Visitor Center kupić roczną kartę wstępu do wszystkich parków narodowych w USA – karta nazywa się America The Beautiful, kosztuje 80 USD i wystarcza na jeden samochód osobowy, niezależnie od liczby pasażerów. Zakup karty opłaca się, jeśli planujecie odwiedzić już 3-4 parki, nam przydała się jeszcze w dalszej części wyjazdu. Więcej na ten temat pisaliśmy w tekście o tym, jak zwiedzać parki narodowe w USA.

Postanowiliśmy najpierw wjechać na Cadillac Mountain – najwyższy szczyt w Acadii. Mówi się, że to tutaj pojawiają się pierwsze promienie słońca w całych Stanach, dlatego warto przyjechać tu na wschód słońca. Nam to się nie udało, za to wiatr prawie urwał nam tam głowy 😉 Widoki piękne, od razu wiedzieliśmy, że przyjedziemy tam jeszcze raz, jak tylko pogoda się poprawi.

Widok z Cadillac Mountain

Brzydka pogoda skłoniła nas do tego, żeby na lunch zjechać do największej miejscowości na wyspie, czyli Bar Harbor. Ciepły clam chowder, czyli kremowa przepyszna zupa krabowa doskonale nas rozgrzała.

Potem zaczęliśmy objazd parku trasą Park Loop Road. To droga (w większości jednokierunkowa), która oplata park dookoła. Są przy niej zlokalizowane różne punkty widokowe lub np. początki szlaków. Ryś spał spokojnie na tylnym siedzeniu, więc wyskakiwaliśmy z samochodu na punkty widokowe na zmianę.

Dzień 10, Acadia National Park

W niedzielę za to pogoda była doskonała! Słonecznie i ciepło. Wróciliśmy zatem na Cadillac Mountain, żeby podziwiać widoki na okoliczne wyspy i zatoczki.

Potem udaliśmy się nad Jordan Pond, jedno z malowniczych parkowych jezior. To najlepszy punkt wypadowy na tzw. carriage roads, czyli „drogi dla powozów”. Zbudowano je w latach 30. i 40., by ułatwić poruszanie się po parku, ale nigdy nie miały być przeznaczone dla samochodów. Aby zachować naturalne walory parku są to drogi gruntowe, a 17 pięknych mostków, które można tu spotkać, zbudowano z lokalnych kamieni i skał. Obecnie można po nich jeździć konno, spacerować (także z wózkiem!), zimą są tu trasy biegowe, latem można jeździć koniem z powozem! I to raj dla rowerzystów, bardzo chcielibyśmy tu kiedyś przyjechać na rowery 🚴 ❤️ Póki co wybraliśmy się na niedługi spacer.

Spacer po jednej z carriage roads

Po krótkim pikniku na trawie pojechaliśmy trasą Seargent Drive wzdłuż fiardu Somes Sound. Tak, fiardu, czyli takiego płytszego fiordu o mniej stromych zboczach. W Europie można je spotkać np. w Niemczech. Droga ładna, ale raczej nic szczególnego, zwłaszcza dla kogoś kto widział norweskie fiordy.

Finałem niedzieli była Bass Harbor Headlight, czyli latarnia morska, którą możecie kojarzyć ze zdjęć na Instagramie, bo jest bardzo fotogeniczna.

Bass Harbor Headlight

Dzień 11, Acadia National Park

Na poniedziałek zostawiliśmy sobie wizytę w Sieur de Monts, czyli spacer po Wild Gardens of Acadia – ogrodzie, w którym znajduje się 400 gatunków roślin endemicznych dla Acadia NP.

Później podjechaliśmy kawałek Park Loop Road, zostawiliśmy samochód przy parkingu przy Otter Cliff, zapakowaliśmy Ryśka w wózek i poszliśmy szlakiem wzdłuż wybrzeża z powrotem do Sand Beach. Trasa ma ok. 4 km, nie jest przystosowana do wózków i wiedzieliśmy o tym. Ale wystarczyło przenieść naszą karetę po kilkunastu stopniach, ponad kilkoma głazami i wystającymi korzeniami i przez większość trasy spokojnie można było jechać. A widoki na trasie: rewelacja! Piękne, klifowe wybrzeże, rozbijające się o skały fale, a na końcu jedyna na wyspie piaszczysta plaża. Na parking wróciliśmy jednym z darmowych parkowych autobusów Island Explorer.

I na koniec pobytu w tym parku kilka słów podsumowania. Park Acadia jest jednym z najczęściej odwiedzanych parków narodowych w Stanach. Wynika to chyba z tego, że to jeden z niewielu parków w tej, najgęściej zaludnionej, części USA. Bardzo się cieszymy, że udało nam się tutaj dotrzeć w końcu. My akurat byliśmy w zasadzie już po sezonie letnim, a jeszcze przed sezonem jesiennym, kiedy jest tu bardzo kolorowo 🍂 ❤️ A i tak było dość sporo ludzi, po prostu należy się z tym liczyć. Bardzo chcielibyśmy przyjechać tu kiedyś na rowery i mamy nadzieję, że uda nam się to kiedyś zrealizować.

Dzień 12, Acadia NP ➡️ New Hampshire

Po drodze do domu cioci Elżbiety w stanie New Hampshire zatrzymaliśmy się tylko w jednym, ale za to filmowym miejscu.

Kto oglądał Forresta Gumpa? Pamiętacie, jak Forrest biegł przez całe Stany?Jak dobiegł do wschodniego wybrzeża i zawrócił? Wiecie gdzie zawrócił?

TU 😀

Marshall Point Lighthouse

Latarnia ze zdjęcia nazywa się Marshall Point Lighthouse i znajduje się na wschodnim wybrzeżu USA w stanie Maine. Jest malutka i superurocza ❤️

Fajnie odkrywać takie filmowe perełki przypadkiem i to w miejscach, których się ich nie spodziewamy! 🙂

Część 2

Dni 13-14 Boston

Odebraliśmy rodziców z lotniska i zaczęliśmy drugi etap naszej podróży! Przesiedliśmy się też do dużo większego samochodu: 12-osobowego vana, takiego małego autobusu 😂🚐

W trakcie wizyty w Bostonie postawiliśmy na nietypową (ale nie aż tak znowu oryginalną) atrakcję – poszliśmy na mecz baseballa! 🥎 I to nie byle jaki, bo grały drużyny z czołówki Baseball World Series: zeszłoroczny zwycięzca Boston Red Sox vs. zwycięzca z 2014 San Francisco Giants!

Mecz baseballa

Sam amerykański mecz baseballa jest już atrakcją samą w sobie, a dodatkowym smaczkiem jest to, że odbywał się na najstarszym amerykańskim stadionie do baseballa: bostońskim Fenway Park. Gdyby nie to, że mecz był o 13:00, a nasze miejsca były w pełnym słońcu to byłoby idealnie 🙂 Baseball w Stanach jest sportem rodzinnym i dla ludzi w każdym wieku: było sporo szkolnych grup, czy rodzin z dziećmi (w czwartek w ciągu dnia 🤔)

Fenway Park w Bostonie

Jeśli będziecie mieli okazję to polecamy się wybrać na mecz, szczególnie na taki, który odbywa się wieczorem 🙂 niezapomniana atmosfera gwarantowana! 🙂

Dodatkową pamiątką jest oryginalna czapeczka – bejsbolówka, którą Magda kupiła sobie w sklepie firmowym Red Soxów na stadionie.

Stylówka stadionowa

Dzień 15, Kancamagus Highway 🍁🍂

Góry Białe, czyli White Mountains leżą w stanie New Hampshire. Najsłynniejszą drogą, która przez nie wiedzie jest US-112 nazywana Kancamagus Highway. Kancamagus był wodzem indiańskiego plemienia Pennacook w XVII wieku.

Najlepiej przyjechać tutaj jesienią, kiedy liście z okolicznych lasów liściastych zmieniają swoje kolory i jest naprawdę przepięknie. My byliśmy trochę za wcześnie, ale już dało się zaobserwować pierwsze oznaki jesieni.

Nie była to nasza pierwsza wizyta w tym miejscu. Teraz zabraliśmy tam rodziców, ale wcześniej byliśmy tam w 2013 roku i tekst z tamtej wizyty znajdziecie tutaj.

Sami zobaczcie jak tam pięknie!

Kancamagus Highway w White Mountains, NH. To miejsce nazywa się Hairpin, bo z góry wygląda jak wsuwka do włosów
Kancamagus Highway

Dni 16-17, chillout w New Hampshire

Wyprawiliśmy Rysiowi 1. urodziny, byliśmy na zakupach w outletach (0% sales tax w New Hampshire! ❤️), pożegnaliśmy ciocię Elżbietę i ostatecznie ruszyliśmy do Nowego Jorku.

Dzień 18, Nowy Jork

Zatrzymaliśmy się tam w hotelu na Manhattanie. To nasz 3-4 raz w NY i zawsze szukamy hotelu na Manhattanie, żeby być blisko centrum wydarzeń. Wbrew pozorom da się tam znaleźć fajne i niedrogie (jak na nowojorskie warunki) pokoje, tylko trzeba pogodzić się z niewielką przestrzenią, widokiem z okna na ścianę budynku obok i wspólną łazienkę na korytarzu. Tym razem zatrzymaliśmy się w Hotelu 31 na 31. ulicy, bardzo blisko Empire State Building i dworca Grand Central. Dwuosobowy pokój kosztuje ok. 150 USD/noc. Polecamy!

To była nasza kolejna wizyta w Nowym Jorku, więc chcieliśmy rodzicom pokazać najciekawsze miejsca, ale i dla siebie ustrzelić coś nowego. I udało się ! 🙂

Pierwszego dnia poszliśmy na spacer Mostem Brooklińskim – jednym z najstarszych podwieszanych mostów na świecie. Dotarliśmy nim na Brooklyn, gdzie z wybrzeża świetnie widać panoramę Manhattanu.

Widok na Brooklyn Bridge i Manhattan z DUMBO

Potem przejechaliśmy na Wall Street i do Battery Park, żeby rzucić okiem na Statuę Wolności i wybrzeżem przejść na teren World Trade Center. W miejscu po dwóch wieżach WTC znajdują się teraz dwa kwadratowe baseny, w których woda spływa w czarną czeluść. Na ich obrzeżach są metalowe tablice z wyrytymi nazwiskami wszystkich ofiar ataków 11 września. Przy tych, którzy danego dnia obchodziliby swoje urodziny pojawiają się białe róże.

Obok stoi najwyższy budynek w Nowym Jorku: One World Trade Center. Na górze znajduje się taras widokowy. I choć wjazd kosztuje ponad 40 USD bardzo polecamy wjechać na górę. Zanim ujrzycie przepiękną panoramę Nowego Jorku czeka Was prawdziwe show w amerykańskim stylu! A co jak co, ale Amerykanie w show to umieją 😉

Zachód słońca nad Nowym Jorkiem

Dzień 19, Nowy Jork

Drugi dzień w NY zaczęliśmy od atrakcji, która dla nas była nowa i jest dość nowa dla całego miasta. Chodzi o The Vessel – konstrukcję budowlaną będącą symbolem wielomiliardowej inwestycji mieszkalno-biznesowej Hudson Yards. Przypomina ul, pąk kwiatu albo… kebab 😂 no sami zobaczcie na zdjęciach! Robi bardzo ciekawe wrażenie.

The Vessel
The Vessel

Obok The Vessel zaczyna się bardzo nietypowy park miejski: The High Line. Utworzono go na dawnej estakadzie kolejowej, którą jeździły pociągi do pobliskich rzeźni w Meatpacking District. Rzeźnie zlikwidowano, a estakada popadała w ruinę. Na szczęście postanowiono przekazać ją ludziom i utworzyć tu bardzo ciekawy park położony 10 m nad poziomem ulicy.

Po spacerze po High Line przetransportowaliśmy się do Muzeum Historii Naturalnej, gdzie zostawiliśmy rodziców, żeby pooglądali dinozaury, skamieliny, planetarium i inne cuda. Sami byliśmy tam już 2 razy, więc w tym czasie odpoczywaliśmy z Rysiem na kocyku w Central Parku, który był obok.

Chillout w Central Parku

Potem jeszcze tylko spacer Central Parkiem do Times Square na krewetki w Bubba Gump Shrimp Co. i dzień można uznać za zaliczony. 23 000 kroków zrobione. O 4 000 więcej niż poprzedniego dnia. No nie ma lekko.

Dzień 20, Nowy Jork, Los Angeles

W czwartek czekała nas już tylko krótka wycieczka na przepiękny i elegancki dworzec kolejowy: Grand Central Terminal. Na pewno znacie to miejsce z licznych filmów, czy seriali (Plotkara? Komuś coś mówi?).

A potem wsiedliśmy w samolot i po 6 h wylądowaliśmy w Los Angeles.

Czas rozpocząć 3. etap naszej podróży, czyli roadtrip po zachodzie!

Część 3

Dzień 21, Los Angeles

Pierwszy dzień spędziliśmy w Los Angeles. Zaczęliśmy od symbolu LA, czyli znaku Hollywood. Dobre miejsce do zdjęć jest łatwo dostępne i spokojnie można tam podjechać samochodem i zaparkować. Wystarczy w GPS wpisać adres „3000 Lake Canyon Drive, Los Angeles”. Zdjęcia można robić z poziomu Lake Hollywood Park (te które widzicie poniżej), albo podejść kawałek wyżej wzdłuż drogi, aż do zakrętu.

Znak Hollywood w Los Angeles

Drugim punktem dnia była wizyta w studiu filmowym. Wybraliśmy Warner Bros. Studios, bo pomimo tego, że byliśmy tam 4 lata temu to mieliśmy w nim pewne niedokończone sprawy do załatwienia 😂

Wycieczka trwa w sumie ok. 3-4 h, w tym czasie przez ok. 2 h wożą was 12-osobowymi meleksami po olbrzymim terenie studia. Zwiedza się plany zewnętrzne, rekwizytornię, wystawy poświęcone Harremu Potterowi, czy samochodom z Batmana, a także zabierają Was na jakiś plan zdjęciowy aktualnie produkowanego show. Teraz byliśmy na planie amerykańskiego TV show, który nie jest znany w Polsce, ale 4 lata temu byliśmy na planie The Big Bang Theory i to była petarda!

W drugiej części zwiedzania chodzi się już samodzielnie po hali, w której jest wystawa „Script to screen” pokazująca proces powstawania filmu. Ale najfajniejsze i tak są plany z „Przyjaciół” (można usiąść na kanapie!) oraz „The Big Bang Theory” właśnie (tu również kanapa oraz słynna klatka schodowa). Aha, no i można potrzymać prawdziwego Oscara 🙂

MAMY TO! Foto na kanapie z „Przyjaciół” 😀

Wycieczka nie jest tania, bo kosztuje prawie 70 USD, ale jeśli wcześniej nie byliście w żadnym studiu filmowym to naprawdę warto 🙂 Ze względu na te meleksy, którymi jeździ się po studiu wycieczka nie jest dostępna dla dzieci poniżej 8. roku życia. Ale dla rodzin z dziećmi mają bardzo fajne rozwiązanie – tzw. tour share. Rodzice kupują 1 bilet. Na pierwszą część objazdu studia idzie jedno z rodziców, drugie zostaje z dziećmi, potem się zamieniają. Cała rodzina spotyka się w hali, w której jest wystawa „Script to screen” i zwiedzają ją razem. My tak właśnie zrobiliśmy z Rysiem 🙂

Dzień 22, Joshua Tree National Park

Wyjeżdżając z LA skierowaliśmy się na wschód, do Parku Narodowego Joshua Tree. Nie byliśmy wcześniej w tym parku, więc było to dla nas coś nowego. Mieliśmy tam ledwie pół dnia, więc oprócz przejechania głównej drogi (Park Boulevard) zrobiliśmy dwa krótkie i łatwe treki (Hidden Valley i Cap Rock, ten drugi nawet z wózkiem) i zatrzymaliśmy się przy słynnej Skull Rock, czyli skale w kształcie czaszki 💀. Nocowaliśmy tuż za granicami parku w miejscowości o wspaniałej nazwie: Twentynine Palms 😂 czyli 29 🌴🙂

Joshua Tree National Park

Dzień 23, Route 66

Kolejny dzień był pod znakiem Route 66. Po drodze do Wielkiego Kanionu zatrzymaliśmy się najpierw przy Roy’s Motel (piękny historyczny neon ❤️). Potem odwiedziliśmy dziko żyjące osiołki w Oatman. A na koniec zjedliśmy pyszne burgery w Seligman, w Roadkill Cafe ❤️ Każde z tych miejsc ma swoją historię związaną z Drogą 66 i planując podróż z Joshua Tree NP do Wielkiego Kanionu warto je uwzględnić w swojej trasie.

Osiołek w Oatman

Dzień 24, Wielki Kanion

No i potem przyszła kolej na Wielki Kanion. Bardzo chcieliśmy pokazać go rodzicom. Na żywo zrobił na nas bardzo duże wrażenie jak widzieliśmy go pierwszy raz. Potęgował to fakt, że oglądaliśmy go wtedy wraz ze wschodem słońca – bardzo polecam! Tym razem jednak przyjechaliśmy w ciągu dnia, a mimo to bardzo miło było tam wrócić.

Zrobiliśmy spacer z wózkiem wzdłuż krawędzi kanionu – trasą Rim Trail z Mather Point do Bright Angel Lodge w Grand Canyon Village. Spacer miał długość ok. 2,5 km. Po drodze zwiedziliśmy Geology Museum przy Yavapai Point. Z Grand Canyon Village na parking przy Visitor Center wróciliśmy parkowym shuttle busem.

Wyjeżdżając z parku i jadąc Desert View Drive zatrzymaliśmy się już tylko na jej końcu, przy Desert View Point. Trafiliśmy tam na zachód słońca, ale nie jest to najlepszy punkt do obserwacji kanionu, bo słońce świeci tam prosto w oczy i niewiele widać 😂 Niemniej jednak fajnie kończyć dzień nad Wielkim Kanionem ❤️

Rim Trail nad Wielkim Kanionem
Wiewiór nad Wielkim Kanionem
Wielki Kanion
Wielki Kanion

Dzień 25 Page, Utah

W Page zatrzymaliśmy się na dwie noce. Wynajęliśmy apartament z 3 sypialniami (Desert Canyon Inn) na Ulicy Małych Moteli 😀 Poważnie – to 8 Ave, zwana Street of the Little Motels. W motelach na tej ulicy w latach 50. mieszkali robotnicy budujący pobliską zaporę Glen Canyon.

Co ciekawe bardzo blisko od tej ulicy na fragmencie Lake Powell Boulevard zwanym Church Row znajduje się… 11 kościołów różnych wyznań! Był to teren federalny i został udostępniony pod budowę kościołów 12 wyznań wybranych przez rezydentów Page. Obecnie jest tu najwięcej kościołów na metr kwadratowy na świecie 😉 OK, ale przejdźmy do tego po co my do tego Page przyjechaliśmy.

Naszym głównym celem była wizyta w Kanionie Antylopy. To przepiękny kanion szczelinowy, w którym woda wyrzeźbiła smukłe pomarańczowe ściany z piaskowca. Latem koło południa można zaobserwować w nim ciekawe zjawisko – słupy światła tworzą piękne efekty wewnątrz kanionu.

4 lata temu byliśmy w Upper Antelope Canyon, ale ostatnio dużo naczytałam się o tym, że jest tam teraz niesamowicie dużo ludzi, szczególnie w godzinach okołopołudniowych, że zaczęłam szukać alternatyw.

Jedną z nich jest Lower Antelope Canyon, ale tam podobno też już jest ciasno. Wybraliśmy zatem inną część tego samego kanionu – Canyon X.

Wycieczki organizuje tam tylko jedna firma i nie ma tam tłoku. Byliśmy na wycieczce tuż przed południem 1 października, czyli pierwszego dnia „poza sezonem” i nasza grupa liczyła może 15 osób. W całym kanionie! Powiem Wam, że to był po prostu strzał w dziesiątkę (czyli w X 😂😂😂)! Na wycieczkę zabraliśmy Rysia, dla takich małych dzieci trzeba zabrać swój fotelik samochodowy i zamontować go w vanie, który zawiezie Was do wejścia do kanionu, ale wszystko jest zorganizowane zupełnie bezproblemowo. Baaardzo polecamy!

Canyon X

Inną atrakcją, która z kolei bardzo nas tym razem rozczarowała była słynna podkowa na rzece Colorado, czyli Horseshoe Bend. Rzeka zawraca w tym miejscu niemal o 270 stopni tworząc końską podkowę. Miejsce jest bardzo piękne i wyjątkowe. 4 lata temu zrobiło na nas duże wrażenie. Obecnie wygląda to niestety trochę inaczej.

Przy drodze zbudowano parking i o ile sama atrakcja jest darmowa to parking jest już płatny – 10 USD od samochodu. Można by to przełknąć, ale wiecie jaka jest stawka za 12-os. busa z 7 osobami w środku? 35 USD!! Gdybyśmy przyjechali tam dwoma samochodami osobowymi (i zajęli dwa miejsca zamiast jednego) byłoby taniej :/ Przy samej Podkowie zbudowano barierki (i słusznie! robiło się tam niebezpiecznie i łatwo było spaść kilkadziesiąt metrów w dół!), a tłum był tam taki, że nie było prawie gdzie palca wetknąć 🙁 No kiepskie nam to wrażenia zostawiło.

Horseshoe Bend

Podsumowując: Canyon X baaaaardzo na plus, Horseshoe Bend na minus. To chyba wyszło na zero? 😀 A nie, chyba jednak na plus, bo wieczorem zjedliśmy wspaniałe, rozpływające się w ustach żeberka w Big John’s Texas BBQ! O matko, musicie tego spróbować!

Dzień 26, Bryce National Park

Ostatnie dni wyjazdu oznaczały, że powoli zbliżaliśmy się do Las Vegas, skąd mieliśmy lot powrotny do Polski.

Po opuszczeniu Page spędziliśmy dzień w Parku Narodowym Bryce. Jest to wyjątkowy kanion, w którym znajdują się struktury skalne tzw. hoodoos. Sami zobaczcie na zdjęciach, jak zjawiskowo wyglądają. Przez park można przejechać samochodem, po amerykańsku, czyli od punktu do punktu po drodze zaliczając kilka szlaków i spacerów. Przyjazna dla wózków (i niedługa) jest trasa pomiędzy Sunrise Point i Sunset Point. Jak nazwa wskazuje to podobno najlepsze punkty na obserwację wschodu i zachodu słońca.

Bryce National Park

Dzień 27, Zion National Park

Kolejnego dnia pojechaliśmy do innego kanionu – Zion National Park. I to była dla nas totalna petarda! Nie byliśmy tam wcześniej i bardzo żałowaliśmy, że poprzednim razem nie udało nam się wcisnąć go w plan zwiedzania.

Wjeżdżając do parku od wschodniej strony polecamy zatrzymać się tuż przed tunelem samochodowym wydrążonym w skale. Zaczyna się tam niedługi, choć dość wymagający szlak Canyon Overlook. Szlak nie jest bardzo trudny, choć nie polecamy go osobom z lękiem wysokości. Natomiast Magda przeszła go z Rysiem w nosidle, więc da się 🙂 A widok na końcu wart jest tego wysiłku ❤️

Widok z Canyon Overlook na dolinę Zion

W samym parku główna droga nie jest dostępna dla samochodów osobowych przez większość roku. Własnym autem można tam jeździć jedynie zimą, w pozostałych miesiącach kursują bardzo wygodne shuttle busy.

Wszędzie są informacje mówiące o tym, że parking przy Visitor Center zapełnia się błyskawicznie i już od 9 rano nie da się tam zaparkować. Poleca się dojechać do miejscowości Springdale i stamtąd shuttle busem dojechać do Visitor Center. Natomiast z naszego doświadczenia wynika, że jeśli pojawicie się na tym parkingu dopiero o 13-14 to miejsce powinniście znaleźć bez problemu. Przynajmniej w październiku.

Jeśli nie macie zbyt wiele czasu to warto choćby przejechać się samym shuttle busem. Serio – trasa w jedną stronę to około 40 minut, w tym czasie posłuchacie komentarza audio na temat tego co za oknem. Bardzo to fajne!

My postanowiliśmy dojechać do ostatniego przystanku, czyli Temple of Sinawava, gdzie rozpoczyna się słynny szlak The Narrows. Ten szlak wiedzie w większości dnem rzeki i miejscami trzeba brodzić aż po pas, zależnie od poziomu wody w rzece. Ale początek tego szlaku to 1-2 km trasy, którą można pokonać z wózkiem dziecięcym! I ten fragment przeszliśmy z Rysiem na pokładzie 🙂 Widoki rzeki i ścian kanionu w drugiej połowie dnia – wspaniałe 😍

Zion National Park

Wracając shuttle busem zrobiliśmy jeszcze krótki szlak do Lower Emerald Pools (również z wózkiem!) i podziwialiśmy jelonki, które wieczorami gromadzą się na polance przed Zion National Park Lodge 😍

Dzień 28, Valley of Fire State Park, Las Vegas

Kolejny dzień poświęciliśmy na podróż do Las Vegas po drodze zahaczając o Valley of Fire State Park. Niestety byliśmy tam w środku dnia, w strasznym upale, więc większość naszego zwiedzania odbywała się z samochodu. No i wyobrażam sobie, że kolory bliżej zachodu słońca muszą być dużo ciekawsze. To nic, kiedyś przyjedziemy tu o odpowiedniej porze dnia 🙂

Valley of Fire

I na koniec Las Vegas! Miasto kiczu, świateł i tłumów 😉 Przynajmniej raz warto tu przyjechać, żeby to zobaczyć. Nie polecamy natomiast wizyty z małymi dziećmi – cała ta błyszcząca, migająca otoczka będzie dla nich męcząca. Więcej o Las Vegas przeczytacie tutaj.

Las Vegas

Dzień 29, Las Vegas, lot powrotny

Lot do Europy mieliśmy dopiero wieczorem, więc postanowiliśmy jeszcze zahaczyć o jedną atrakcję. Zabraliśmy rodziców nad zaporę Hoovera, która znajduje się blisko od Vegas. Jeśli chcielibyście więcej poczytać o amerykańskich tamach, zajrzyjcie do tego tekstu.

KONIEC.

Gratuluję dotrwania do tego miejsca 🙂 Jeśli macie jakieś pytania, śmiało piszcie w komentarzach.

Jeśli interesują Was nasze inne trasy po USA to zapraszam tu:

A wszystkie nasze teksty z USA znajdziecie tutaj.

Pozdrawiam!