Właściwy tytuł miał brzmieć „Wyjazd z rocznym dzieckiem na miesiąc – jak to przetrwać?”, ale stwierdziłam, że to jednak może Was wprowadzić w błąd. Bo tu nie chodzi o przetrwanie, ale o to, żeby podróż była przyjemna, prawda? Podpowiadamy, co zrobić, aby tak właśnie było.

Tekst zaczęłam pisać już dawno, ale dopiero teraz go dokończyłam. I chociaż Rysiek ma już 2 lata (whaaat?) to postanowiłam go w końcu opublikować, bo wierzę, że wielu z Was przyda się ta wiedza – przy planowaniu Waszych wojaży z roczniakami.

Wrzesień 2019 spędziliśmy podróżując po naszych ulubionych Stanach Zjednoczonych. Tym razem jednak inaczej niż poprzednio. Nie dość, że na część wyjazdu zabraliśmy naszych rodziców to przede wszystkim był to pierwszy wyjazd do USA z naszym synem Rysiem, który właśnie tam obchodził swoje pierwsze urodziny. Nie był to nasz pierwszy wyjazd z dzieckiem, ale pierwszy na tak długo. Wcześniej spędziliśmy 2 tygodnie na Wyspach Kanaryjskich jak Rysiek miał 4 miesiące oraz 10 dni nad włoską Gardą – wtedy był już 9-miesięcznym brzdącem.

Cała wycieczka w Parku Narodowym Bryce
Pierwsze urodziny Rysia

W tym miejscu małe wyjaśnienie. Nie jesteśmy żadnymi ekspertami w podróżach z dziećmi (istnieją w ogóle tacy?), dzielimy się własnymi doświadczeniami. Nie traktujcie tego tekstu, jako „prawdy objawionej” i jedynej słusznej drogi. To Wy, jako rodzice, wiecie co jest najlepsze dla Waszego dziecka. Musicie sami ocenić, czy konkretne rozwiązania będą dla Was najlepsze. My możemy jedynie powiedzieć co sprawdziło się (bądź nie) w naszym przypadku.

Dodatkową „trudnością” tego wyjazdu było to, że w dużej mierze był to roadtrip. W jednym miejscu spędzaliśmy maksymalnie kilka dni, a często tylko jedną noc. W związku z tym mieliśmy wiele wątpliwości i obaw, co do tego jak sobie i dziecku tę przygodę ułatwić. Wyszło całkiem nieźle i chętnie podzielimy się swoimi doświadczeniami i patentami na podróż z takim maluchem.

Paszport i wiza

O ile podczas pierwszych podróży po Europie paszport dla dziecka nie jest niezbędny i wystarczy wyrobić dziecku dowód osobisty to do podróży poza UE paszport już wyrobić musimy. Najbardziej skomplikowane w tym procesie jest zrobienie maluchowi zdjęcia i do tego celu polecamy skompletować białe prześcieradło na dywanie i nieśpiące oraz niepłaczące dziecko, a także jakiś aparat, pewnie nawet smartfon wystarczy. I gotowe. Paszport dla dziecka jest wydawany na 5 lat.

Obecnie Polacy nie potrzebują już wiz do USA, ale przed wyjazdem należy uzyskać tzw. ESTA. Jest ważna 2 lata i dotyczy także dzieci. Jeśli Wy jako rodzice posiadacie amerykańskie wizy to niemal z automatu możecie dostać wizę także dla dziecka. Składacie wniosek, załączacie kopie swoich wiz i razem z paszportem dziecka wysyłacie całość do ambasady amerykańskiej. Niestety nie ma żadnych zniżek na wizy dla dzieci, więc trzeba zapłacić pełną kwotę. Ale wiza jest ważna 10 lat i można na niej każdorazowo przebywać w USA nawet do 6 miesięcy (przy ESTA ten czas jest krótszy). Zatem w niektórych przypadkach lepiej mieć wizę, ale to już zależy od specyfiki Waszego wyjazdu i tego, czy chcecie do USA wjechać kilkukrotnie. My załatwialiśmy wizę, ale w tamtym czasie dla Polaków ESTA nie była jeszcze dostępna, więc nie mieliśmy wyboru.

Planowanie trasy

Planując trasę starałam się podzielić ją na takie odcinki, żeby dziennie nie spędzać w samochodzie w sumie więcej niż 2-3 godziny. Każdy dłuższy niż 2 godziny odcinek dzieliłam tak, żeby po drodze była jakaś przerwa. Albo zatrzymywaliśmy się wtedy na zwiedzanie czegoś, albo np. na jedzenie połączone z hasaniem na kocyku na trawie. W ten sposób dziecko nie spędza naraz dużo czasu unieruchomione w foteliku.

Ryś sprawdza trasę na mapie

Idealnie sprawdziło się układanie planu w taki sposób, że najdłuższy odcinek pokonywaliśmy od rana. Po śniadaniu i pakowaniu, jak wsiadaliśmy do samochodu ok. 10-11 to Ryś już był gotowy na swoją drzemkę i zasypiał najczęściej na drugim zakręcie 😉 I najczęściej budził się, jak Przemek parkował po dojechaniu na miejsce. Sprawdziło się to idealnie.

Były ze 2 czy 3 dni, kiedy musieliśmy pokonać dłuższe odcinki, ponad 5-godzinne. Wtedy też starałam się je dzielić na mniejsze fragmenty i szukałam czegoś ciekawego na trasie. W ten sposób trafiliśmy np. do latarni morskiej w stanie Maine, przy której zawrócił Forrest Gump. Wszystko ma swoje plusy.

Marshall Point Lighthouse – latarnia, przy której zawrócił Forrest Gump

Co kilka dni robiliśmy dłuższą przerwę w jednym miejscu i wtedy jazdę autem ograniczaliśmy do minimum.

Co zabrać ze sobą, czyli dziecięcy ekwipunek

Wózek

Podstawowy ekwipunek roczniaka na wyjeździe 😉 Szczególnie jeśli dziecko jeszcze nie chodzi. Oprócz standardowego wózka 2w1 z pompowanymi kołami zaopatrzyliśmy się w wózek typowo na podróże. Wybraliśmy model SilverCross Jet i kocham ten wózek na wszystkie wyjazdy: od wypadu do Lidla po zakupy po miesiąc wakacji w Stanach.

Nasz wózek SilverCross Jet podczas zwiedzania Waszyngtonu. Tutaj na tle National Museum of African American History and Culture

Jest niewielki, waży tylko 6 kg, a po założeniu ma rozmiar bagażu podręcznego i można go zabrać do samolotu jako bagaż podręczny (o ile tak chcecie). Składa się szybko (choć nie jedną ręką). Rozkłada się niemal na płasko, więc dziecko może całkiem wygodnie drzemać. Ma sporą budkę, choć czasem wolałabym, żeby była trochę większa.

Ma też oczywiście swoje wady, ale zakładam, że każdy wózek ma. W zasadzie nie ma podnóżka, co u większych dzieci może nie być zbyt wygodne. Ma dość małe kółka: dają radę na większości nawierzchni, ale czasem trzeba po prostu podnieść wózek i go przenieść. No i niestety po pół roku użytkowania złamała nam się jedna plastikowa część unieruchamiając wózek. Na plus natomiast jest fakt, że SilverCross ma gwarancję door-to-door i po zgłoszeniu reklamacji po prostu przysłano nam nowy wózek (choć w innym kolorze, bo nasz odcień mandarin nie był już dostępny).

Gdy w muzeum nudno to w wózku przynajmniej można się zdrzemnąć 😉 Tu w National Air and Space Museum pod Waszyngtonem.

Zdecydowanie polecam, choć dość niepokojące jest to, że musieliśmy wymienić wózek na gwarancji. Całe szczęście to stało się w domu, a nie podczas wyjazdu, więc nie było to uciążliwe. Pytanie, czy nie wydarzy się to ponownie. Z drugiej strony obecnie można już kupić unowocześniony model Jet 2.0 i istnieje szansa, że tam takie awarie nie będą się zdarzać.

Problem wielkości budki rozwiązałam dokupując niewielką blendę do wózka. Ma wyginane ramię i po złożeniu mały rozmiar, więc jest idealna do podróżnego wózka. Przypina się na spinacz, więc można ją przymocować do dowolnego elementu wózka. Można jej także używać w samochodzie przypinając ją do fotelika samochodowego. Początkowo szukałam kompaktowej parasolki do wózka. Wszystkie, które znalazłam były duże i mocowane raczej na stałe, zupełnie „niepodróżne”. Polecam blendę!

Blenda w akcji na Brooklyn Bridge w Nowym Jorku. Dzieć śpi i blenda osłania go przed słońcem.
I tu ponownie blenda podczas drzemki.

Nosidło

W Stanach korzystaliśmy z naszego nosidła Kavka Multi-Age, które kupiliśmy przed naszym pierwszym wyjazdem z Rysiem. Miał wtedy 4 miesiące i lecieliśmy na 2 tygodnie na Gran Canarię. Wtedy nie używaliśmy go intensywnie, tylko kiedy było to naprawdę niezbędne i na krótki czas. Korzystaliśmy z niego też we Włoszech (z 9-miesięczniakiem) i bardzo dobrze nam się sprawdziło w USA z rocznym dzieckiem.

Teraz było o tyle lepiej, że zaczęłam Ryśka nosić na plecach i to bardzo mu się spodobało! Mnie jest dużo wygodniej, a on widzi dużo więcej i uwielbia, kiedy zaczynam podskakiwać albo biec. A kiedy widzę, że jest trochę śpiący przekładam go do przodu i wtedy przytulony szybko zasypia.

Moim zdaniem nosidło jest niezbędne podczas takiego wyjazdu. Dzięki niemu mogliśmy pójść na kilka niedługich szlaków, które nie były dostępne dla wózków.

Podróż samolotem

Wybór lotu i miejsca w samolocie

Lecąc z maluchem lotami transatlantyckimi możecie skorzystać z tzw. kołyski (baby bassinet). To łóżeczko dla dziecka zawieszane na ściance działowej w samolocie przed siedzeniem pasażera. W zależności od linii lotniczej kołyski mają niestety dość niskie limity wiekowe, wagowe lub wzrostu.

Dwie babcie i dwóch dziadków w samolocie to dużo opcji na zabawę

Na trasie Amsterdam – Waszyngton, DC lecieliśmy liniami United i tam udało nam się zarezerwować kołyskę. Ostatecznie z niej zrezygnowaliśmy, ale wykorzystaliśmy nasze miejsca przed ścianką działową. Rezerwując miejsce w samolocie polecam wybrać właśnie te miejsca, nawet jeśli Wasze dziecko jest już za duże do kołyski. Jest tam sporo miejsca na nogi i dziecko może tam się bawić albo drzemać na podłodze.

Do Europy wracaliśmy liniami Edelweiss Air, należącymi do Swiss Airlines. U nich nie dało się zamówić kołyski, ponieważ mogą jej używać tylko dzieci do 8. miesiąca, 10 kg wagi lub 70 cm długości. Rysiek był za duży. Siedzieliśmy na zwykłych miejscach w środkowym rzędzie i nie polecam tych linii, bo było tam strasznie ciasno. W szczególności gdy przez większość 10-godzinnego nocnego lotu na Twoich kolanach śpi dziecko, a Ty marzysz o tym, żeby wstać.

Na lotach transoceanicznych polecam rozważenie wykupienia dodatkowego miejsca, tak aby dziecko miało swoje siedzenie. Dzieci poniżej 2. roku życia podróżują na kolanach u rodzica, ale na dłuższej trasie może to być bardzo męczące.

Jedzenie w samolocie

Lecąc z dzieckiem zyskujecie dodatkowe przywileje. Możecie na pokład zabrać ze sobą jedzenie dla dziecka, wodę (w butelce, albo np. w termosie). Butelka z wodą może być większa niż 100 ml. Oczywiście trzymamy się tutaj granic rozsądku i nie zabieramy ze sobą zgrzewki wody mineralnej, ale nie spotkałam się z tym, żeby ktoś limitował to ile mamy napojów. Możecie mieć wszelkiego rodzaju musy owocowe, czy słoiczki w ilościach jakie uważacie za niezbędne. Aby usprawnić proces przechodzenia przez kontrolę bezpieczeństwa na lotnisku warto zebrać całe dziecięce jedzenie do jednej torby. Możecie ją wtedy podać celnikowi jako „baby food”, czasami zabierają je na dodatkową kontrolę.

Lecąc do USA pamiętajcie, że nie można tam wwozić żadnych świeżych owoców ani mięsa. Zatem jeśli zabieracie dla swojej pociechy np. obrane jabłko to upewnijcie się, że zjecie je w samolocie. W przeciwnym przypadku czeka Was (i Wasze wszystkie bagaże) dodatkowa kontrola celna na pierwszym lotnisku w USA. Been there – done that, nie polecamy. Nawet nie dlatego, żeby to było jakieś wyjątkowo nieprzyjemne, ale zabrało trochę czasu. A podróżując z maluchem chcecie jednak jak najszybciej wydostać się z lotniska.

Niżej w sekcji o jedzeniu przeczytajcie jeszcze o jednym super gadżecie przydatnym w samolocie – aluminiowym kubeczku.

Samochód

Co z fotelikiem?

To jeden z tematów wyjazdowych, którego rozkminienie zabrało nam najwięcej czasu. Co z fotelikiem samochodowym dla Rysia? Czy wypożyczymy go na miejscu? A może lepiej zabrać go ze sobą? Jeśli tak, to jak go przetransportować?

Co do zasady fotelik za granicą wypożyczycie w większości wypożyczalni samochodowych razem z autem. Niestety jakość i dobór rozmiaru tego fotelika pozostawia wiele do życzenia. Naczytaliśmy się wiele historii o tym, że niemowlak dostał fotelik dla dużo większego dziecka, albo jak pod pokryciem fotelika rodzice odkryli… zdechłe robaki. Takich niespodzianek a także niepewności co do tego, co przeszedł dany fotelik chcieliśmy sobie oszczędzić.

Dlatego zawsze zabieramy fotelik ze sobą.

Do tej pory Ryś jeździł w łupinie, ale zaczął z niej powoli wyrastać. Kupując kolejny fotelik postanowiliśmy od razu kupić dwa – jeden z tańszej (ale nadal porządnej) półki postanowiliśmy wykorzystywać też na wszystkich wyjazdach. Zależało nam na tym, aby to był RWF, czyli fotelik montowany tyłem do kierunku jazdy. I udało nam się znaleźć całkiem fajny model BabySafe Akita w kategorii wagowej 0-18 kg. Jest lekki i montowany na pasy, a nie na isofix, co czyni go bardziej uniwersalnym modelem (zamontuje się go niemal w każdym aucie z wypożyczalni).

Pakując fotelik dołożyliśmy do niego trochę pieluch, żeby nie szukać ich na miejscu zaraz po przylocie, a w walizce nie zajmowały nam dodatkowo miejsca.

Kolejny problem – transport fotelika

Początkowo chcieliśmy zabrać go ze sobą do drzwi samolotu, tak jak wózek. Dzięki temu mielibyśmy go na oku cały czasu i wiedzielibyśmy, że po drodze nikt nim nie rzucał. Niestety trasa z przesiadkami i z różnymi przewoźnikami, do tego lot wewnętrzny w USA były na tyle skomplikowane, że odpuściliśmy. Nie wszyscy przewoźnicy umożliwiali nam transport fotelika do drzwi samolotu, a nie wiedzieliśmy też jak będzie z przejściem z tak dużym przedmiotem przez bramki bezpieczeństwa. Na bank nie zmieściłby się do tych tuneli ze skanerami bagażu podręcznego. Postanowiliśmy oszczędzić sobie chociaż tego stresu i nadaliśmy go na bagaż. Historia naszego zagubionego wózka na lotnisku w Amsterdamie (nadali go prosto do Waszyngtonu, choć nie powinni) potwierdza, że była to słuszna decyzja.

OK, to postanowione – nadajemy fotelik na bagaż

Zacznijmy od tego, że chyba wszystkie regularne linie lotnicze pozwalają na bezpłatne nadanie fotelika w ramach bagażu przysługującego dziecku. Sprawdźcie to dokładnie, ale jestem przekonana, że na 99% nie będziecie musieli nic do tego dopłacać. A jak go zabezpieczyć, żeby nic mu się po drodze nie stało? Poobijany fotelik, nawet bez widocznych uszkodzeń zewnętrznych może już nie spełniać należycie swojej funkcji, a przecież to właśnie bezpieczeństwo naszego dziecka jest dla nas priorytetem! Długo szukaliśmy odpowiedzi na to pytanie i w końcu znaleźliśmy patent idealny.

Już wcześniej kupiliśmy na aliexpress pomarańczowy worko-plecak transportowy na fotelik (możecie zobaczyć go w tym tekście), ale on jest wykonany z dość cienkiego materiału i sam w sobie chroni jedynie przed deszczem. Dokupiliśmy do niego 20 metrów folii bąbelkowej, którą owinęliśmy fotelik i voila! Sprawdziło się idealnie, a do środka wpakowaliśmy jeszcze paczkę pieluch 😉 Folię po przylocie schowaliśmy do samochodu i wykorzystaliśmy ponownie podczas lotu z Nowego Jorku do Los Angeles i trasy powrotnej do domu. Polecamy!

Jaki duży jest Wielki Kanion? O taaaaki duży!

Noclegi

Podczas naszych wyjazdów do USA często przeplataliśmy noclegi w hotelach, czy motelach z tymi na campingach w namiocie albo samochodzie. Jadąc z roczniakiem (i przy okazji naszymi rodzicami) opcję z campingiem wykluczyliśmy od razu. Myślę, że da się, ale postanowiliśmy nie utrudniać sobie życia. Zatem postawiliśmy tylko na hotele, motele i apartamenty.

Łóżka

Robiąc rezerwacje na booking czy airbnb warto zwrócić uwagę na to, czy dany obiekt ma do dyspozycji łóżeczka dziecięce. Często są, ale nie zawsze. W tej kwestii poszliśmy na łatwiznę i po prostu wybieraliśmy największe możliwe łóżka, czyli king-size bed. Ten rozmiar jest już naprawdę gigantyczny i bez problemu zmieścicie się na takim łóżku we trójkę. Rysiek przywędrowuje do naszego łóżka codziennie w nocy, nie wiem, dlaczego myślałam, że będziemy korzystać z łóżeczka na wyjeździe. Ostatecznie zawsze spał z nami. W łóżku queen-size też dacie radę, ale będzie trochę ciaśniej.

Mamy to! Zdjęcie na kanapie z „Przyjaciół”!

Kąpanie

Kolejną sprawą jest kąpiel. Wanienki dziecięcej nie trafiliśmy nigdzie, ale ani razu nie korzystaliśmy z airbnb tym razem (a tam czasem się zdarzają). W większości hoteli w pokojach są wanny, więc bez problemu można wykąpać w nich dziecko. Polecam zabrać ze sobą (albo poszukać na miejscu) dziecięcą matę antypoślizgową do wanny. Kładąc ją w wannie zapewniacie lepszą przyczepność dziecka, a także higienę, bo dziecko nie siedzi bezpośrednio w hotelowej wannie (która nie zawsze jest idealnie czysta niestety).

Większy problem pojawia się, gdy w pokoju jest tylko prysznic. Próbowaliśmy kąpać Rysia pod prysznicem wchodząc z nim na rękach do kabiny. Jednak zakończyło się to olbrzymim płaczem i ta opcja nam odpadła. Co zatem? Kąpaliśmy go w umywalce! Zdarzyło nam się to co najmniej kilka razy, Rysiek był zachwycony. A co jeśli umywalka jest za mała? W okolicy Parku Narodowego Acadia w stanie Maine zatrzymaliśmy się w ślicznym domku w Rose Eden Cottages. W środku była łazienka z niewielkim prysznicem i mikroskopijną umywalką. Na szczęście wtedy uratowała nas właścicielka i pożyczyła nam plastikowe prostokątne pudło, które świetnie zastąpiło wanienkę pod prysznicem. Zawsze coś da się wymyślić!

Czy spanie codziennie w innym miejscu na pewno jest dobre dla dziecka?

Naszemu synowi zdawało się to zupełnie nie przeszkadzać. Każdy nowy pokój hotelowy = nowe miejsce do eksploracji! To o co dbaliśmy niemal codziennie to niezmienny wieczorny rytuał. Kolacja, mama rozbiera do kąpieli, tata kąpie, w kąpieli codziennie te same kaczuszki. Mama wyciera, tata myje zęby, zakładamy piżamkę, potem smoczek i kładziemy się na środku łóżka, mama usypia. Rysio najczęściej zasypiał przy piersi. Codziennie wyglądało to tak samo, niezależnie od tego gdzie nocowaliśmy. Myślę, że miało to większe znaczenie niż to, że pokój prawie codziennie był inny.

Nowy pokój = nowe zakamarki!

Jedzenie

Tę część zacznijmy od tego, że Stany Zjednoczone to jeden z najbardziej przyjaznych krajów na świecie w kwestii podróżowania z dziećmi. W każdej, ale serio KAŻDEJ restauracji dostaniecie krzesełko dla dziecka. Często Wasze dziecko dostanie także jakieś kolorowanki, kredki i inne gadżety umilające oczekiwanie na jedzenie.

W jednej z restauracji w Vermont. Do zabawy roczniakowi wystarczy łyżka.

Krzesełka do karmienia brakowało nam tylko jak nocowaliśmy w miejscu innym niż hotel, czyli w domu u mojej cioci i w domku – cottage koło Parku Narodowego Acadia. Ale tutaj super sprawdziły nam się poduszki na zwykłym krześle i przypięcie dziecka… paskiem od nosidła! Okazuje się, że nosidło ma też inne zastosowania niż noszenie dzieci 😀

Wiele restauracji serwuje także menu dla dzieci, ale nie oszukujmy się – nie jest to najzdrowsze jedzenie (w Polsce z resztą tego typu dedykowane menu dla dzieci też często oznacza frytki + kawałki kurczaka w panierce). A na pewno w tym menu nie ma nic, co chciałabym dać do jedzenia rocznemu dziecku.

Czym zatem karmić roczne dziecko w USA?

Temat rozgryzaliśmy niemal tak długo, jak kwestię fotelika. Wnioski niestety mam takie, że… jest ciężko.

Ryś w trakcie naszej podróży nadal był karmiony piersią. Było to dla mnie ogromnym plusem, ponieważ wiedziałam, że bardzo dużo ważnych składników odżywczych dostanie w mleku. Ale był już na tyle duży, że jadł już wiele innych „zwykłych” rzeczy. W domu trzymaliśmy się zasady: nie solimy i ograniczamy zawartość soli w gotowych produktach oraz zero zwykłego cukru. Rysiek chętnie jadł warzywa, owoce i różne zdrowe rzeczy. Nie chciałam zaprzepaścić tego podczas miesięcznego wyjazdu – to jednak nie jest wyjazd na tydzień, tylko na cztery – długo! Tym bardziej sytuacja była dla nas skomplikowana.

Dzieci mają tendencję do bycia głodnymi w każdym miejscu. Czasem w Bibliotece Kongresu…
… i w Bryce National Park także. Ale karmienie na pieńku w pięknych okolicznościach przyrody zaliczam do plusów.

Z Polski zabraliśmy ze sobą kilka słoiczków, głównie mięsnych. Chociaż w domu nigdy nie dałam mu nic z gotowego słoiczka, to jadł je już podczas naszego pobytu we Włoszech, jak miał 9 miesięcy. Całkiem mu smakowały, więc miałam nadzieję, że to będzie sposób na dostarczanie mu wartościowego jedzenia. Niestety – słoiki nie cieszyły się uznaniem naszego syna. Ani te przywiezione z Polski, ani te zakupione w USA. Akceptowane były tylko takie malutkie słoiczki zawierające 100% mięsa (wołowina, indyk) w formie zupełnie zmiksowanego musu. Pozostałych w zasadzie nie chciał niestety ruszać. Myślę, że nie odpowiadała mu konsystencja – w większości przypadków to jedzenie było papką bez niemal żadnych grudek. A w domu zawsze było coś do gryzienia.

Owocki na The National Mall w Waszyngtonie

Długo szukaliśmy też jogurtu bez cukru. Znaleźliśmy dosłownie jedną markę, która produkuje w Stanach jogurty greckie bez dodatku cukru. I to na szczęście był hit dla Rysia – jadał je bardzo chętnie.

Tosty na śniadanie zawsze na propsie.

Zakupy spożywcze

Zakupy robiliśmy co kilka dni. Wybadaliśmy, że dobre jakościowo jedzenie można kupić w Whole Foods i jeśli gdzieś w okolicy był sklep tej sieci to robiliśmy zakupy właśnie tam. Niestety jest to jedna z droższych amerykańskich sieciówek.

Dla dziecka kupowaliśmy różne owoce oraz warzywa (głównie awokado i pomidory). Znaleźliśmy także kaszki i owsianki błyskawiczne bez zbędnych dodatków, których nie trzeba było gotować, wystarczyło jedynie zalać je wrzątkiem. Jeśli mieliśmy do dyspozycji kuchnię – gotowaliśmy Ryśkowi makaron albo zupę na warzywach i mięsie.

Naczynia

Zabraliśmy ze sobą kilka podstawowych dziecięcych utensyliów jedzeniowych:

  • silikonowy talerzyk – mieliśmy mini-talerzyk ezpz, dokładnie taki jak ten tutaj. Polecam, jest nieduży, mieści się na tace w fotelikach do karmienia, łatwo utrzymać go w czystości i ma super zamykany pokrowiec, który idealnie sprawdza się w podróży,
  • łyżka i widelec w dziecięcym rozmiarze,
  • miseczka – potrzebna do owsianek i zup.

Bidon na wodę

Naszym hitem niezbędnym na każdym wyjeździe, ale także na co dzień, jest oczywiście bidon ze słomką bbox. Moim zdaniem nie ma nic lepszego dla takiego malucha.

Kubeczek do podgrzewania

To jest nasz patent, który był hitem tej podróży. Zabraliśmy ze sobą lekki, aluminiowy kubeczek ze składaną rączką – taki typowy kampingowy model. Jest troszkę większy niż zwykły emaliowany metalowy kubeczek, dzięki czemu idealnie wchodził do niego dziecięcy słoiczek.

„Podgrzewanie” słoiczka wrzątkiem w restauracji.

Wykorzystywaliśmy go do podgrzewania słoiczków z jedzeniem. Wszędzie – w samolocie, restauracji, kawiarni, hotelu, na stacji benzynowej. Prosiliśmy o trochę wrzątku i wkładaliśmy do niego słoiczek. Wystarczyło trochę pomieszać, poczekać i zawartość słoiczka podgrzewała się do idealnej temperatury. Lepiej działało to na te najmniejsze słoiczki, gorzej na te wysokie. Stewardessa w samolocie do Waszyngtonu powiedziała nam, że ona pracuje od 20 lat na pokładach samolotów i jesteśmy pierwszymi rodzicami, którzy pomyśleli o tym JAK podgrzać słoiczek w samolocie. I z tego tytułu należy nam się tytuł rodziców roku 😀 Patent polecam, korzystaliśmy z tego kubeczka niemal codziennie.

Kubek w akcji w samolocie.

Scyzoryk

Zawsze wydawało mi się, że jak nie jedziemy pod namiot to takie narzędzia jak scyzoryk nie będą nam potrzebne, a okazują się bardzo przydatne, jak ma się małe dziecko. Zawsze ma się czym obrać awokado albo pomidora (spróbujcie zrobić to zwykłym nożem, który dostaje się w restauracji). Trzeba tylko uważać, gdzie się go zabiera – oprócz oczywiście lotnisk także w niektórych muzeach są kontrole bezpieczeństwa, gdzie mogą Wam zarekwirować taki scyzoryk.

Torebki strunowe

Można kupić je oczywiście na miejscu, ale łatwiej zabrać kilka w różnych rozmiarach ze sobą. Nie zajmują dużo miejsca w walizce a oszczędzają Wam czas na szukanie ich w supermarkecie na miejscu i zakup opakowania np. 100 szt. (w Ameryce wszystko jest większe, pamiętajcie o tym 😉 ).


To wszystkie rzeczy, jakie przypomniały się w temacie organizowania miesięcznego wyjazdu z rocznym dzieckiem. Jeśli macie jeszcze jakieś pytania – dajcie znać w komentarzu, chętnie na nie odpowiem. A jeśli mieliście już okazję podróżować z takim maluchem – co sprawdziło się u Was?

Pozdrawiam!